Co, gdzie, kiedy ...

Działy

Nasze strony


17 gram miłości - „Bajka dla …”


"Korniszon i Piraci" (bajka dla brata)

Pewnego słonecznego dnia Korniszon poszedł ze swym psem Ogórkiem na plażę. Rozłożył leżak i koc, a następnie wyjął z kosza jedzenie. Oddał się błogiemu lenistwu, bo pogoda wyjątkowo mu sprzyjała. Świeciło piękne słońce, a morze tak pięknie szumiało.
Nagle w oddali Korniszon ujrzał stary but, którym do połowy ukryty był w piasku. Podszedł do niego i wyjął wystający z cholewy papier. Rozwinął go i ze zdziwieniem ujrzał mapę z zaznaczonym wyraźnie miejscem skarbu. Dotknął go i… nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, znalazł się na statku piratów! Tutaj poznał przerażającego kapitana Kakaowe Oko, który zagroził mu, że jak nie odczyta tej mapy, to go rzuci na pożarcie rekinom. Korniszonowi życie było miłe, więc pomógł piratom i wskazał im miejsce ukrycia skarbu, a potem został brutalnie zamknięty w ładowni, wraz z Ogórkiem i swoimi myślami.
Kapitan Kakaowe Oko nie próżnował. Szybko skierował statek na wyspę kryjącą skarb. Dotarli do niej bez trudu. Kiedy zeszli na ląd, przez kilka dni przeczesywali puszczę, aż w końcu mapa zawiodła ich na miejsce. I tutaj na kapitana czekała niemiła niespodzianka. Okazało się, że skarbu pilnuje tygrys, potężny i groźny zwierz. Kapitan od dziecka bardzo bał się tygrysów, więc wpadł na pomysł, że załoga odwracała uwagę tygrysa, a kapitan wykopywał skarb. Korniszon usłyszał to i postanowił nie czekać z założonymi rękoma na powrót pirackiej bandy. Resztkami sił wyważył drzwi i wydostał się na pokład. Wciągnął kotwicę, rozwinął biały żagiel statku i odpłynął przed siebie. Piraci zauważył go, ale nie mogli już niczego zrobić. Korniszon krzyknął jeszcze:
- Ahoj, kapitanie Kakaowe Oko..
Potem ostatni raz spojrzał na zaskoczonego kapitana, przestraszonym piratów i drapieżnego tygrysa, a następnie odwrócił się i… nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, znalazł się na plaży na swoim leżaku i wystawiał twarz do słońca. A kapitan chyba został na wyspie ze skarbem, załogą i tygrysem.
Andrzej Palmowski, Starogard Gdański (I miejsce w kategorii szkół podstawowych)

Bajka dla babci pt. "Gruszka"

Działo się to zupełnie niedawno. W pewnej bagiennej krainie był sobie niewielki staw, podobny do wielu innych. Toczyło się w nim bogate życie. W jednym jego miejscu, na liściu, siedziała wątpliwej urody ropucha. Jej grzbiet koloru szarego brązu zdobił podłużny żółty pasek. Obserwowała ona owada skaczącego sobie beztrosko po wodzie. Miała go w zasięgu swojego długiego języka. W każdej chwili mogła go zjeść.
W innym miejscu stawu ślizgał się po wodzie nartnik. Jego srebrzyste włoski na odnóżach połyskiwały w wiosennym słońcu. Od kilku dni przyglądał się jętce wdzięcznie tańczącej na powierzchni wody. Ponieważ jednak był bardzo nieśmiały, nie odważył się, aby podejść i zagadać, chociaż czuł się bardzo samotny.
Nieco dalej mały motylek, który przypadkiem przelatywał nad stawem, wpadł do wody. Duże krople wody pokryły i skleiły jego pomarańczowo-czarne skrzydełka. Nie mógł podnieść się do lotu i prawie utonął.
Tuż przy brzegu stawu rosła przepiękna, mała stokrotka. Nie mogła jednak dosięgnąć wody i umierała. Jej białe płatki były już nieco uschnięte. Stokrotka wytężała się jak tylko potrafiła, ale nie zdołała dostać korzeniami od wody, brakowało jej zaledwie centymetra.
Nad stawem przelatywał duży, czarny gawron, którego pióra mieniły się metalicznym połyskiem. W swoich szponach trzymał starą, malutką i pomarszczoną gruszkę. Nie nadawała się ona do zjedzenia. W pewnym momencie ptak upuścił owoc, który z głośnym pluskiem wpadł do wody. Rozeszły się kręgi wodne. W stawie wszystko się zmieniło. Krąg wody dotarł do beztroskiego owada i wystraszył go tak, że ropucha nie zdążyła go pożreć. Nieśmiały nartnik został popchnięty przez jeden z kręgów i wpadł niechcąco na jętkę. Od tej pory zostali nierozłącznymi przyjaciółmi. Krąg wodny sprawił, że mały motylek uniósł się ostatkiem sił do góry i odleciał. Także krąg wody dotarł do brzegu i podniósł poziom wody o jeden centymetr. W ten sposób woda dotarła do korzeni stokrotki, a ona natychmiast ożyła. Okazało się, że jedna, stara, do niczego nieprzydatna gruszka spowodowała tak wiele ważnych rzeczy.
Maksymilian Rej, Lublin (II miejsce w kategorii szkół podstawowych)

"Dziecięcy świat"

Mały, drobny chłopaczek o miękkich, brązowych włosach siedzi na środku piaskownicy i grzebie paluszkami w piachu. Nagle, ni stąd, ni z owąd wstaje. Dokładnie otrzepuje spodenki i podchodzi do ławki, na której siedzi kobieta. Chłopiec bierze ja za rękę i mówi:
- Mamo, chodź. Pokażę ci domek Żwirków. Oni mieszkają tutaj, w piaskownicy, w tym parku i nigdzie indziej, wiesz? Żwirki się tak nazywają, bo pani nam mówiła, że piasek  jest ze żwiru. Tylko uważaj, mamo, oni mogą ugryźć! Mają takie ostre, małe ząbki- chłopiec pokazuje rączkami, jak małe są te ząbki. Oboje podchodzą do piaskownicy a on łapiąc tylko przerwę na oddech kontynuuje:
- Tylko mamo, pamiętaj, one są płochliwe. I trzeba bardzo ostrożnie chodzić, żeby nie zdeptać tego ich domku. Żwirki mieszkają w podziemnych korytarzykach. Oni są kuliści i się w tych korytarzach tak zabawnie turlają. Na ręce?! Tak, chyba możesz ich brać na ręce, ale tylko wtedy, gdy mają dobre humorki i śpiewają piosenki. A głaskać je można tylko po brzuszku! W co lubią się bawić? No w chowanego! Są w tym najlepsi! Wciskają się w piasek tak głęboko, że ich znaleźć nie można. Jak się dzisiaj z jednym bawiłem, to przegrałem od razu. Nie wiesz, co jedzą? To proste! Jedzą listki dębu maczane w mokrym piachu. Że to najpyszniejsze. No nie wiem... Próbowałem, ale nie było to dobre. Może ty chcesz spróbować, mamusiu? Może ci posmakuje? Co? Ciiiii. Nie mów tak głośno, mamo! Oni ucinają sobie teraz poobiednią drzemkę. Nie słyszysz jak cicho pochrapują? W czym śpią? No, jak każdy - mają małe łóżeczka. Śpią w skorupkach od żołędzi. Fajnie, prawda? W ogóle Żwirki są śmieszne.  Są to jakby kuleczki z rączkami i nóżkami. Mają zabawne mordki. Gdy się cieszą to tak śmiesznie marszczą noski. A jako włoski to mają takie skołtunione cieniutkie trawki. Same im takie rosną, dziwne prawda? Praca? No jasne, że pracują. Podbierają nam rzeczy z domów. Głównie agrafki i szpileczki z główkami. Potrzebują ich do podpierania korytarzyków. Tak, mamo. Nam też podbierają. Raz jednego widziałem, wynosił twoje szpilki. Ale to taka słodka tajemnica, dobrze mamusiu? On się na mnie obrazi, jak go wydasz. I na ciebie też! Może ci wejść w nocy do ucha, jak pająk i zaczniesz mamo śnić koszmary!
Kobieta patrzy na syna i ma przez chwilę wrażenie, że widzi Żwirka...
- Mamciu, mamusiu! Złapałem jednego dla ciebie!- chłopiec otwiera rączkę a na niej leży małe coś, jakby kamyczek. Kobieta nie kryje zdumienia, ale pochyla się nad kamykiem, przygląda się, patrzy z każdej strony, uważnie marszcząc brwi i nagle... Tak! Widzi go!  To po prostu Żwirek!  Uśmiecha się i woła:
- Kochanie, jaki on śliczny! On jest naprawdę specjalnie dla mnie?- chłopiec kiwa głową. Potem grzebie chwilkę w piasku i zaczyna podchodzić do innych, zupełnie obcych ludzi. Matka słyszy jak mówi:
- To jest Żwirek, proszę pani. Dla pani. Będzie panią pocieszał. Proszę się nie bać...
„Mój syn i jego świat...” - myśli kobieta – „cały jest jak bajka”.
Pola Ślęzakiewicz, Wisznia Mała (III miejsce w kategorii szkół podstawowych)

"Serce nie sługa"

Dawno, dawno temu, gdzieś za iloma tam górami i iloma tam rzekami, zupełnie nie wiadomo gdzie, w pewnym królestwie żyli sobie ludzie. Uczciwie pracowali i dbali o rodziny. Mieli też swojego króla, który był dobrym i sprawiedliwym władcą. Byli jednak bardzo samotni, bo wszyscy omijali ich królestwo. I nic w tym dziwnego, bo nikt ich nie rozumiał. Mówili nieskładnie, mylili słowa i nie potrafili ich poprawnie odmieniać. Nie umieli także pisać i czytać. Nikt nie chciał utrzymywać kontaktów z takim dzikusami.
I pewnie byłoby tak do dziś, gdyby nie Mądry Rycerz, który któregoś dnia zabłądził w tamte strony. Jechał i jechał, aż jego rumak zatrzymał się pod murami zamku. W oknie zamkowej wieży ujrzał Niemądrą Królewnę i od razu się w niej zakochał, bo królewna co prawda nie grzeszyła mądrością, ale była bardzo piękna, a jej cudowny uśmiech przyprawiał o zawrót głowy. Mądry Rycerz postanowił, że się z nią ożeni. Niestety na próżno próbował wytłumaczyć swoje zamiary królowi i królewnie, którzy nie rozumieli jego poprawnej wymowy. Cóż było robić? Rycerz zakasał rękawy swojej srebrnej zbroi i zabrał się do roboty. Odnalazł na strychu zwoje papieru i kałamarze z atramentem. Odkurzył książki w zamkowej bibliotece. I sumiennie uczył, jak pisać literki i jak składać z nich słowa i zdania. Uczył dniami i nocami, króla i królewnę, damy dworu i rycerzy, a nawet służbę i kuchcików. Uczył i cieszył się, że każdy dzień zbliża go do chwili, kiedy Niemądra Królewna przestanie już być niemądra i odda mu swoją rękę. Niestety, królewna odkryła w nauce prawdziwą pasję i nie wychodziła z zamkowej biblioteki, a Mądry Rycerz z przerażeniem obserwował handlarzy przybywających do pałacu z wozami pełnymi książek. Nie chciała już się stroić, nie chciała też wychodzić za mąż, tylko czytała i czytała.
Mądry Rycerz pożałował swojego zapału, z jakim uczył Niemądrą Królewnę. Stracił nadzieję, że kiedyś oderwie wzrok od stron w książce i spojrzy na niego przychylnym okiem. Wsiadł więc na swego wiernego rumaka i ruszył przed siebie w poszukiwaniu kolejnej królewny, która zechciałaby go na męża.
Jeremi Duszyński, Starogard Gdański (wyróżnienie w kategorii szkół podstawowych)

"Dla kochanego Bąbelka"

Moje życie jest szare i ponure! Same zgryzoty i problemy: z dyktanda jak zwykle pała, z przyrody 3, a z historii ledwie dopuszczający. Czy takie oceny mogą być powodem do dumy?! Pisanie sprawdzianu, na który nic nie umiem, chociaż się uczyłam, to chleb powszedni. Nauki po uszy i wszystkiego dość! Czuję się jak Syzyf, który już prawie był na górze i nagle: - BĘC! Dalej depczę w labiryncie chaosu i słyszę głos taty:
- Zejdź z obłoków na ziemię, księżniczko! - Na szczęście, mama twierdzi, że to nie moja wina i nie dolewa oliwy do ognia.
W zimie obwieściła mi nowinę, że za kilka miesięcy będę mieć młodsze rodzeństwo. Byłam w siódmym niebie, a moje serce było wypełnione radością i miłością. Pokazała mi zdjęcie USG, na którym było widać maleńką iskierkę. Siedemnaście gram miłości, a ile radości! Kilka dni później poszła na badania i okazało się, że będę mieć brata. Troszkę byłam zawiedziona, bo chciałam siostrę.
Gdy brzuszek mamy urósł, poczułam przez skórę Twoje kopanie, braciszku! Wtedy wybaczyłam Ci, że nie jesteś dziewczynką. Najważniejsze, żebyś był zdrowy! Szukałam fajnego imienia dla Ciebie, znalazłam kilka, ale najbardziej pasował mi Piotruś.
4 maja 2017 roku pojechałam na wycieczkę klasową do Kielc. Gdy wróciłam wieczorem do domu, nie zastałam rodziców. Wtedy Szymek zdradził mi cudowną nowinę, że jesteś już na świecie! Z radości podskoczyłam prawie do sufitu. Cztery dni później pojechaliśmy z tatusiem po Ciebie i mamusię do szpitala. Gdy Cię zobaczyłam, Twoje słodkie polisie i lśniące oczka mnie zahipnotyzowały. Dla mnie byłeś najcudowniejszym
i najpiękniejszym na świecie Bąbelkiem, oraz najwspanialszym braciszkiem!
Mam szczęście karmić się okruchami Twojej miłości, obserwować, jak rośniesz, rozwijasz się i próbujesz nowych rzeczy. Kiedy widzę, jak raczkujesz z uśmiechem od ucha do ucha, wywracasz się, wstajesz i idziesz dalej, to nabieram przekonania, że ja też nie mogę się poddawać. Wierzę, że dostanę nić Ariadny i na naszym podwórku dzięki dodatkowej pracy zaświeci słońce! Jestem starszą siostrą, powinnam Ci czytać i opowiadać bajki. Uwielbiam tę o księżniczce uwięzionej na wieży pełnej zakamarków i o królewiczu, który przywiózł klucz i uwolnił ją. Nie wiem czy Ci się spodoba.
Nadal mam niepowodzenia, ale potrafię się cieszyć sukcesami. Przy Tobie, Bąbelku moje problemy nikną. Mama mówi, że dobro wraca. Dzięki, że jesteś i malujesz mój szary świat na kolorowo. Co by było, gdyby Cię nie było?! Nawet o tym nie myślę.
Alicja Kiwak, Cmolas (wyróżnienie w kategorii szkół podstawowych)

"O samotnym drzewie"

Tę opowieść dedykuję mojemu Ojcu, którego kocham, a który nie lubi bajek, zwłaszcza tych z dobrym zakończeniem
Na skraju wielkomiejskiego parku z daleka od szerokich piaszczystych alei rosła samotna sosna. Nazywała siebie „samotnym drzewem” nie dlatego, że brakowało w jej otoczeniu towarzystwa innych drzew, tylko dlatego, że czuła się gorsza. Była zwykłą sosną, a więc nie szlachetnym gatunkiem typowym dla drzewostanu parków. Nie lubiła swoich konarów: szerokich powykrzywianych i rozłożystych z powodu dużej ilość światła, do którego miała dostęp i wieku. W dodatku tam, gdzie zapuściła swoje korzenie, rzadko kto z ludzi docierał. Odwiedzały ją głównie wiewiórki, które były amatorami orzechów leszczyny rosnącej w pobliżu, myszy i ptaki.
Nasze drzewo pragnęło przede wszystkim towarzystwa ludzi, a Ci zapuszczali się w te rejony parku bardzo rzadko. Sosna zazdrościła innym drzewom, że wokół nich było dużo ludzi i mnóstwo rzeczy się działo. Zerkała więc z ciekawością i tęsknotą na park, który bez względu na porę roku: wiosnę, lato, jesień i zimę miał rzesze wielbicieli. Przychodzili tu staruszkowie mający już więcej czasu niż inni. Przybiegały dzieci, aby bawić się na świeżym powietrzu. Nie brakowało także młodych - zakochanych. Sosna czuła się gorsza, samotna, pomijana… Nie chciała jednak prosić innych drzew o to, żeby ustąpiły jej nieco miejsca. Nie pozwalały jej na to duma i niezależność. I jeszcze coś…
Otóż to opuszczone, ale samodzielne, świadome swej wartości i jednocześnie jedyne w swym rodzaju drzewo - było niezwykłe i czarodziejskie! Kiedy zapadała ciemna noc, sosna ruszała na spacer po parku. Dostojnie stawiała delikatne korzenie i przy blasku księżyca podziwiała urodę innych drzew. Mijała dęby, jesiony, kasztanowce, graby i jarzębiny. Przystawała przy drobnolistnych lipach, od zapachu których kiedy kwitły w lipcu, robiło się słabo. Zerkała na śpiące wysokie, smukłe, srebrne brzozy, których wiotkie gałęzie tańczyły w czasie silniejszych podmuchów wiatru. Potem odpoczywała w centralnym miejscu parku przy nowoczesnej fontannie i wracała na swoje miejsce.
Pewnego smutnego, deszczowego popołudnia sosna zobaczyła grupkę chłopców. Jeden wśród nich miał rude włosy, bardzo jasną cerę, był przeraźliwie chudy, a na jego nosie tkwiły okulary. Chłopcy popychali „Rudego” i wyśmiewali. W pewnym momencie z oddali dobiegł krzyk, a chłopiec został sam. Podszedł wtedy do sosny i zaszlochał. Skulony oparł się o pień drzewa i opowiedział mu swoją historię. O tym, że jest nielubiany i nieakceptowany przez swoich rówieśników, pomimo tego, iż bardzo się stara i zabiega o ich przyjaźń. Mówił o tym, że jest nieszczęśliwy i samotny. I o tym, że potrzebuje przyjaciela.
- Ja zastanę twoim przyjacielem!!! - bez chwili wahania postanowiła Sosnai wyjaśniła zaskoczonemu chłopcu - Myślę, że każdy z nas jest dziwny. Ja pragnę kontaktu z ludźmi, ty ich akceptacji, ale od tej chwili mamy siebie nawzajem.
Jan Szymecki, Krotoszyny (wyróżnienie w kategorii szkół podstawowych)

"Bajka dla Braciszka"

Najukochańszy Braciszku! Mama musiała odejść, ale jeszcze kiedyś na pewno ją zobaczymy. Nie płacz… Na tatę musimy poczekać. Nadal choruje, ale wyzdrowieje,  Braciszku, wyzdrowieje… Nie płacz maleńki. Ciii…
Opowiem Ci bajkę o tym, jak miłość wygrywa ze smutkiem i z samotnością. Miłość, Braciszku, to wszystko, co teraz jest w Twoich łezkach i co przepełnia Twoje serduszko. Posłuchaj.
Za siedmioma lasami, za siedmioma górami w maleńkiej chatce żyła piękna nimfa o imieniu Róża. Była przez wszystkich kochana i uwielbiana. Miała cudowny dar obdarowywania bezinteresowną miłością. Pomagała początkującym wróżkom i czarodziejom, opiekowała się dziećmi zapracowanych zwierzątek, mówiła miłe rzeczy całej przyrodzie.
Pewnego dnia, a dokładnie 15 lutego, czyli w Dzień Wszystkich Samotnych, zła czarownica o imieniu Smutanna rzuciła urok  na Różę, bo zazdrościła jej tego, że wszyscy nimfę lubili. Urok był tak potężny, że zabrał Róży całą jej wspaniałą moc. Nimfa nie poddała się jednak łatwo. Wierzyła, iż w każdym jest chociaż cząsteczka miłości, nawet w Smutannie. Poprosiła więc o zwrócenie mocy i zaproponowała Smutannie, że pomoże jej zwalczyć samotność. Zła czarownica nie chciała porozumienia.
Róża postanowiła stworzyć swoją dobrą armię. Były w niej wszystkie stworzenia z okolic, które były przepełnione  miłością i dobrodusznością. W dniu, kiedy słońce górowało najpiękniej, rozpoczęła się wojna. Walka była zacięta. Armia Róży napełniała przestrzeń radosnym śmiechem, rzucała kwiaty, śpiewała najweselsze piosenki. Wojska Smutanny atakowały płaczem, złymi słowami i przypominaniem tego, co w życiu innych  było smutne, nieudane, straszne. Żadna ze stron nie dawała   za wygraną.
W końcu doszło do spotkania Róży i Smutanny. Rozpoczął się nieziemski bój. Róży udało się wykrzesać z siebie dobre myśli na temat Smutanny i szczerze się do niej uśmiechnąć. Powstała wówczas siła, która zdołała osłabić Smutannę. Wydawało się, że wygra miłość, że pokona smutek, chociaż czarownica nie chciała się poddać. Złe myśli i płacz jej wojska powodowały, że towarzysze Róży słabli, padali  na ziemię i zasypiali. Po stronie nimfy zostało tylko siedemnaście najwytrwalszych stworzeń. Jednak to właśnie im, oczywiście na czele z Różą, udało się w końcu pokonać Smutannę. Po prostu wybaczyły jej wszystko i przez chwilę myślały o niej jak o dobrej czarownicy. Te kilka chwil pięknych myśli spowodowało, że jakaś tajemna potęga przyrody zamieniła Smutannę na jakiś czas w zjawiskowy wodospad, ale nie na zawsze.
Obudzili się wtedy wszyscy przyjaciele Róży. Byli wyczerpani, lecz szczęśliwi. Postanowili posprzątać to, co popsuła czarownica. Róża odzyskała moc i wszystkim stworzeniom, które wcześniej stały po stronie smutku, dała wybór. Albo przejdą na stronę miłości i otrzymają drugą szansę, albo zostaną po ciemnej stronie, lecz tylko przez chwilę, by potem rozpłynąć się w nicości  i nie pozostawić po sobie wspomnienia. Nie wszyscy zdecydowali się na przejście na stronę nimfy, więc ona zrobiła to, co zapowiedziała. Musiała tak postąpić, lecz robiła to z wielkim żalem. Ci, którzy zostali z nimfą, zostali nagrodzeni. Dostali w fiolkach niezwykłą miksturę, zwaną gramami, w każdej 17 gramów.
Róża zapowiedziała im, że te 17 gramów miłości mogą wykorzystać tylko w wyjątkowej sytuacji, i że taką sytuację na pewno rozpoznają. W innym wypadku magia nie zadziała. Od tej pory na świecie panował pokój i harmonia. Wszyscy się kochali i traktowali z szacunkiem. Czuli się bezpieczni, bo mieli cudowne fiolki. Pamiętali jednak, że Smutanna niestety kiedyś powróci, ale nie wiedzieli kiedy. Zjawiła się pewnej zimy i ukryła gdzieś piękną Różę, o czym powiedziała jej przyjaciołom, sącząc w ich serca smutek. Wszyscy szukali Róży. Bezskutecznie. Ale przecież się odnajdzie. Smutanną ją tylko ukryła.
Braciszku, nie płacz, zawsze będę się Tobą opiekować. A tata, tata na pewno kiedyś zrozumie, że stracił wielką miłość, lecz nadal ma dwie inne – równie silne. Zrozumie, na pewno odkryje fiolkę z 17 grami miłości, które pozostawiła mu jego ukochana żona Róża. Musi tę fiolkę znaleźć sam. Być może jest już blisko. Przypomniał sobie przecież, że kończysz roczek.
Kocham Cię, Braciszku, moją szesnastoletnią siostrzaną miłością.
Angelika Micha, Pionki (I miejsce w kategorii szkół gimnazjalnych)

"Bajka dla mojej siostry"

Dawno, dawno temu w bajecznym lesie, koło magicznych jezior żyli sobie łabędź, królik i żółw. Biały ptak był uwielbiany przez wszystkich, odważny, ambitny, pełen wdzięku, miał wielu przyjaciół. Był też bogaty. Królik zaś był zwykłym, normalnym mieszkańcem lasu. Niewiele zwierząt zwracało na niego uwagę. Robił wszystko, co w jego mocy, żeby mieć swoją bratnią dusze. Pragnął też, by łabędź został jego przyjacielem. Chciał mieć taką samą sławę jak on. Żółw, tak samo jak królik, nie miał przyjaciół wśród mieszkańców okolicznych terenów. Nie przejmował się jednak tym za bardzo. Był on samotnym zwierzęciem, radził sobie w życiu sam, nie potrzebował niczyjej pomocy.

Dzień urodzin łabędzia był według królika tym dniem, kiedy miał szansę zdobyć przyjaźń ptaka. Kupił mu od serca bardzo kosztowny prezent, wydał prawie cały swój majątek. Chciał się dostać na przyjęcie mimo braku zaproszenia. Liczył na to, że łabędź go wpuści i będą się dobrze bawić. Gdy królik podszedł do drzwi i zapukał.
- Witaj, łabędziu! - przywitał się królik, mając w łapkach prezent.
- Witaj, króliku, co cię tu sprowadza? - spytał łabędź z zaskoczeniem.
- Przyniosłem ci prezent! Wszystkiego najlepszego! - krzyknął z radości królik.
- Dziękuję bardzo... Muszę już wracać... do gości. - odpowiedział łabędź i ze zniecierpliwieniem zamknął drzwi.
Królik smutny, że łabędź nie chciał go wpuścić na przyjęcie, rozpoczął swój powrót do domu. Po drodze napotkał żółwia. Leżał on na swej skorupie i nie mógł się podnieść. Ponieważ królik był pomocnym zwierzęciem, pomógł żółwiowi wstać na łapki. Powolne zwierzątko podziękowało królikowi.
- Dlaczego jesteś taki przygnębiony? - spytał żółw, otrzepując się z ziemi.
- O, mój drogi, taka nieprzyjemna sytuacja się stała... - wyżalił się królik.
- A cóż ci się przytrafiło?
- Przyjaciela chciałem mieć... Niewiele zwierząt zwraca na mnie uwagę. Robię wszystko, co w mojej mocy, pomagam, staram się, żeby mieć swoją bratnią duszę. Wszystko na nic.
Żółw był bardzo mądrym zwierzęciem. Mówił królikowi, że należy być cierpliwym, a świat jest wielki. Pocieszał królika, że nie należy się przejmować brakiem przyjaciół i, że nadejdzie odpowiedni czas również dla niego.
Królik i żółw rozmawiali ze sobą resztę dnia. Poznawali się nawzajem. Okazało się, że mają ze sobą wiele wspólnego. Wspierali się, pomagali sobie nawzajem, a czas pokazał, że stali się przyjaciółmi.
Julia Myszka, Warszawa (II miejsce w kategorii szkół gimnazjalnych)

"Internet na Olimpie"

Bajka dla… miłośników internetu
Pewnego razu pojechałam z rodzicami do Grecji. Następnego dnia poprosiłam mamę i tatę, żebyśmy udali się na górę Olimp. Gdy tam już weszłam, zobaczyłam piękny widok. Miasto bogów! Najpierw spostrzegłam dom Zeusa i Hery.
Postanowiłam wejść do domu króla bogów. Kiedy już się tam znalazłam, zobaczyłam moją koleżankę Różę, która, jak się okazało, była serwisantem firmy Zeus i spółka. Róża coś im tłumaczyła, a po chwili pokazywała im tablet.
- Teraz internet będzie naszym posłańcem! - krzyknął szczęśliwy Zeus.
Na to Hades zapytał:
- A czy u mnie w podziemiach będzie działał?
Jednak jego pytanie pozostało bez odpowiedzi.
- A co z naszym Hermesem? – zapytała zatroskana Hera.
- Jest za wolny. Trzeba go wymienić. Musimy być nowocześniejsi! – odparł Zeus.
- Tak, tak, Hermes to przeżytek. On nie jest na dzisiejsze czasy dostatecznie szybki! – dodał Hades. – Ale czy u mnie w podziemiach będzie działał internet? – zapytał ponownie.
- Będzie działał, będzie – odpowiedziałam zamiast Róży. I tak wtrąciłam się w ich rozmowę.
- Kim ty jesteś?- zapytał Zeus.
- Jestem drugim serwisantem.
Wszyscy chórem zawołali:
- Hurra! Będziesz nam pomagała, jak będą problemy z Internetem!
Hermes został zwolniony i stał się ludzkim posłańcem, czyli listonoszem. Zachowywał się zupełnie jak Zeus. A przy tym skakał z kwiatka na kwiatek. Zmieniał imię raz Jan, potem Tadeusz.
Po kilku latach kiedy Zeusowi popsuł się tablet, postanowił odszukać Hermesa, który okazał się niezastąpiony. Kiedy go znalazł, postanowił go przeprosić. I tak boski posłaniec powrócił do starego pracodawcy.
Klaudia Chabowska, Jeżewo (III miejsce w kategorii szkół gimnazjalnych)

 

 

Pałac Młodzieży w Bydgoszczy                                                                                                                                                     aktualizacja: 16-04-2018